„Matnia” bookstory (odcinki 7-12)

Bookstory „Matnia” autorstwa Juliusa Throne, to opowieść o Andżelice pracującej na stacji benzynowej, doświadczającej przemocy ze strony partnera. Materiał jest realizowany w ramach projektu „#maszwsparcie – Kampania reakcyjno-informacyjna”.

ODCINEK # 7

– A nie uważasz, że powinnyśmy poczekać? – odpowiedziałam po krótkim zastanowieniu.
– Na co? Na kolejną wizytę tego troglodyty, który przyjdzie bardziej niecierpliwy i wkurzony? Andżela, on się na mnie patrzył tak przerażająco, jakby kierował nim sam diabeł.
– A może już nie przyjdzie? Przecież dałyśmy wyraźny znak, że przekażemy kopertę wyłącznie Ricie Smolar. Zobacz, poszedł sobie. Jeżeli miałby się tutaj ktoś pojawić, to na pewno będzie to adresatka tej koperty. Gdyby facet chciał coś odwalić, to zrobiłby to od razu, nie sądzisz?
– Przy tamtym drugim kliencie…?
Gdy uświadomiłyśmy sobie sens tego pytania, które zwróciło naszą uwagę na fakt, że drugiego klienta już w barze nie ma, zgodnie przekręciłyśmy głowę w kierunku drzwi wejściowych. Za nimi porywisty wiatr targał bujającymi się na wszystkie strony drzewami, okrutnie smaganymi przez deszcz. W tym momencie przypomniały mi się słowa mojej siostry. Nadchodzi czas mroku?
– Myślisz, że sobie poszedł?
– Na pewno uciekł przed burzą. Myślę, że zdaje sobie sprawę, że pioruny nie oszczędzają nikogo. A co dokładnie mówił?
– Że przyszedł po coś, co zostawił niejaki Witold Smolar – odparła koleżanka, z trudem odciągając wzrok od okien.
– Skąd wiedział, że on coś nam zostawił?
Byłam pewna, że gdybym nie zawołała Sylwii i osobiście zajęła się tym facetem, nie doszłoby do wyjawienia faktu, że mamy tę kopertę. Nie było mowy, żebym na jej miejscu przyznała się, że czekamy na Ritę Smolar.
– Nie mam pojęcia. Tego mi nie wyjaśnił. Czyli co robimy?
– Wiesz, kusi mnie, żeby pozbyć się koperty i odciąć się od problemu. Jednak zaniesienie jej na policję wcale nie oznaczałoby zakończenia sprawy. Nikt nie musi uwierzyć, że koperta została złożona na komisariacie, a w razie jakiegoś niebezpieczeństwa chyba lepiej byłoby mieć ją przy sobie i na wszelki wypadek się uratować, co?
– Andżela! Przed czym się uratować!? I nawet nie próbuj odpowiadać!
Sylwia rozśmieszyła mnie. Uwielbiam te jej retoryczne pytania z ostrzeżeniem.
– Spokojnie… przełączę na jakąś wesołą muzykę. Korn jest raczej dołujący – powiedziałam, szukając pilota pod rozrzuconymi na blacie ulotkami i paragonami.
– Świetnie. Pod wpływem muzyki zatańczy świat. Burza ustanie, przyjdzie dzień, a wszystkie ludzkie bestie zaczną się same zakopywać pod ziemią… – rzekła Sylwia i po chwili dodała: – Może na wszelki wypadek zamkniemy drzwi?
– I co dalej?
– Będziemy stać i pilnować.
– I tak całą noc?
– Chociaż dzisiaj. Angie, zróbmy to. – Sylwia skupiła na mnie swoje błagalne spojrzenie.
– Dobrze. Zamkniemy i staniemy przy oknie. Popatrzymy na to, co burza robi z naszym biednym miastem. Najpierw jednak… do czarnych myśli pasuje czarna kawa, nie?
– Ma się rozumieć!

***

Natalka spała słodko. Jak zwykle musiałam ją przykryć, bo rozkopywała się dosłownie każdej nocy. Położyłam obok niej misia, który leżał na podłodze. Na szczęście wczoraj Maksymilian wrócił do domu o stosunkowo normalnej porze i moi rodzice mogli przyprowadzić córkę. Zamknęłam pokój Natalki i zatopiłam się w mroku korytarza, błądząc ręką po ścianie w poszukiwaniu drzwi do toalety. W momencie, gdy natrafiłam na klamkę, usłyszałam dochodzące z sypialni szepty i zamarłam w bezruchu. To był głos Maksa. Tylko jego. Mówił urywanymi zdaniami i zaciągał słowa, jakby był pijany. Z początku pomyślałam, że usłyszał moje kroki i zwraca się do mnie, ale gdy rozpoznałam niektóre słowa, zawładnęło mną dziwne doznanie, drżące od pewności, że nie byłam adresatem tych słów. Podeszłam bliżej i do moich uszu doszło:
– Urwałeś głowęęę… zachłanny bydlak… urywasz głowy i wyrywasz sercaaa… wszystkie te sercaaa… oddaj mi je… ciemne słońce pali w twarz, bydlaku… znam cięęę bo zagnieździłeś się tu bliskobliskobliskoblisko…
Zbliżyłam się do półotwartych drzwi i zajrzałam do sypialni. Szarość wczesnego poranka osiadła na wszystkim, co znajdowało się w pokoju. Włącznie z Maksem. Jego dziwny, szemrzący szept ulatniał się z zacienionej przestrzeni jak głos demona, który na miejsce odprawy swoich nieczystych modłów upatrzył sobie właśnie naszą sypialnię.
– Nóż sobie przyłóż do gardła, jeśli masz gardło żarłoczne [Księga Przysłów 23:2, Stary Testament] – wybuchnął Maks złowrogim, bulgocącym szeptem i ochryple zakaszlał. Jego głos brzmiał jak majaki szaleńca.
Mimo iż wiem, że w snach jest się innym człowiekiem i ma się inną świadomość niż na jawie, to słowa te, za sprawą wspomnienia o urwanej głowie, spowodowały we mnie ukłucie niepokoju. W ciemności i idealnej ciszy dziwaczny szept oddziałuje inaczej niż zwykle. Sprawia, że na skutek silnej koncentracji jest bliżej, niż nam się wydaje.
Gdy głos ustał, Maks ciężko westchnął i w tej chwili chyba usłyszałam ciche przekleństwo. Wróciło wspomnienie.
Ty kurwo…
Pomyślałam, nie wiem czemu, że czarnych oczu kierowcy piekarza w takim zaciemnieniu za nic w świecie nie zdołałabym wykryć. W napięciu zaczęłam powoli się cofać. Coś zatrzepotało za oknem. Nie słyszałam gruchania, ale byłam pewna, że to gołąb.
– To ty? – usłyszałam tym razem już normalny głos męża.
– Tak, wróciłam – odparłam zdziwiona. Jak on wyczuł, że tutaj jestem?
– Dzwoniłem.
– Wiem. Nie miałam wtedy telefonu przy sobie. Ładował się. Ale rodzice zadzwonili, że Natalka jest już w domu.
– Taaa… To był ciężki dzień.
– Domyślam się. Rano tak wybiegłeś, jakby coś cię goniło.
– Tragedia.
– Czemu?
– Goniła mnie tragedia.
– To znaczy? – zapytałam, wchodząc do pokoju.
– Pamiętasz żonę Zbyszka Katalni? Kolegi z wydziału.
– Kojarzę inicjały KK. Krystyna?
– Katarzyna.
– To przyjemna kobieta – przypomniałam sobie.
– Była.
– Co?
– To była przyjemna kobieta – oznajmił Maksymilian, wyraźnie akcentując drugie słowo.
– Jak to?… Co się stało?
– Ktoś zepchnął ją z drogi… Spadła z mostu.
– Mój Boże… Zepchnął? Zdaje się, że mieli jakieś duże auto, chyba.
– Toyota rav 4… to musiało być jakieś większe bydle. Podobno w tym czasie widziano białego dostawczaka. To wszystko idzie w złym kierunku.
– Co wszystko?
Zaległa trudna do zniesienia cisza.
– Wszystko, kurwa – powiedział Maks gorzkim tonem, z którego wypływał jakiś posępny smutek. Wolałam w to dalej nie wnikać. Zbyt wiele miałam ostatnio w życiu tej posępności. Pewne tematy trzeba jednak poruszyć.
– A co z tą lalką? – zapytałam.
– Natalia mówiła, że nie może jej znaleźć.
– No właśnie.
– Ja też nie wiem, gdzie ona jest – powiedział Maks.
– Myślałam, że to ty wziąłeś ją do naprawy.
– Nie, skądże. Lepiej przepytaj właścicielkę.
– A mogę o coś poprosić? – spytałam i usłyszałam westchnienie. Po chwili zaskrzypiało łóżko.
– Jasne.
– Nie odpierdalaj więcej żadnych numerów, dobrze?
Od strony łóżka doszło kolejne westchnienie. Jakby Maks wydmuchiwał dym z papierosa.
– Życie… – zaczął Maksymilian.
– Nie chodzi o życie – weszłam w słowo. – Tylko o naszą córkę. Naszą córkę.
– Nie wyobrażasz sobie, jakie masz szczęście, że ona jest. Cała zdrowa i żywa.
– A co może jej się stać? – powiedziałam lekko oburzonym tonem.
– To, co niektórym.
– Nie obchodzą mnie niektórzy. Nie chciałabym, żeby moja córka widziała jakieś pornosy, wdychała papierosowy dym, wracała ze szkoły o późnej porze.
– Ta piekielna smoła czasem na mnie spływa – odparł Maks zmęczonym, przytłumionym głosem.
Poeta się znalazł. I jak ja mam z nim rozmawiać? Czy mamy znaleźć wspólny język na poziomie metaforycznym?
– A czy w ogóle widzisz, co się dookoła ciebie dzieje? – spróbowałam jeszcze raz rozsądnie go zapytać.
– Tak, widzę. Dobrze widzę.
– No i…? – zawiesiłam głos w oczekiwaniu.
– No i jutro jest pogrzeb. O jedenastej. Musisz iść ze mną.

ODCINEK #8

Nie podobał mi się władczy charakter tych słów, ale były wypowiedziane wyjątkowo łagodnym tonem, i odparłam:
– Skoro tak ładnie prosisz…
– Zbyszek jest w wydziale od dwunastu lat. To mój bliski współpracownik. Teraz pracujemy nad sprawą mor… nad ważną sprawą i jego wkład jest nieoceniony. To twardy i rozsądny policjant, jeden z najlepszych, z jakimi pracowałem.
– To przykre. Pewnie w pracy panuje grobowa atmosfera…
– No cóż… Robimy wszystko, żeby ten wypadek nie zakłócił naszej pracy.
– A robisz coś, żeby praca nie zakłóciła naszego życia? – zapytałam stanowczo.
Znowu milczenie i ciężki, stłumiony oddech, dochodzący od popielatoczarnej, mętnej masy, która była Maksem. Miałam wrażenie, że zakrywał twarz rękami, że dusił oddech, jakby powstrzymywał się przed słowami, które mogłyby narobić…
– Taka praca czasami oślepia, powala na kolana. Kiedy sięgasz zbyt nisko, nasza Ziemia wydaje się już tylko ziemią. Rozrytym, zgniłym kartofliskiem, po którym chodzą jedynie sparszywiałe stonki. Czasami widzę przed oczami ciemne, falujące pole z poruszającą się na nim żarłoczną, mlaskającą powłoką i nie chcę na nie wchodzić, ale za plecami czuję zbliżający się podmuch, który boleśnie dźga w plecy…
– Mamo, to ty? – usłyszałam głos z pokoju córki i z ulgą porzuciłam Maksa z jego odrażającym monologiem.
– Już idę! – krzyknęłam, oswobodzona z objęć psychicznej duchoty, panującej w sypialni.
– Nie zgadniesz, co mi się śniło! – zagadnęła Natalka, gdy tylko weszłam do jej pokoju.
– Skoro tak mówisz, to nawet nie podejmę próby…
– Ale chociaż spróbuj.
– Rozumiem, że króliczki i pszczółki na łące brzmią naiwnie?
– Mamo, jestem już dużą dziewczynką, śnią mi się poważniejsze rzeczy.
– No to może zestaw klocków lego z napisem: dziesięć plus?
Natalka zrobiła zniecierpliwioną minę i odparła:
– No dobrze, powiem ci. Śniło mi się, że tata już mi naprawił lalkę.
Spojrzałam na komodę, sądząc, że leży tam zabawka, ale się myliłam…
– Najpierw musiałabyś oddać ją tacie.
– Myślałam, że sam ją wziął.
– On twierdzi, że jej nie ma.
– Mamo, mam już tego dość… – powiedziała Natalka i nakryła głowę pościelą.
– Jesteś pewna, że nie wiesz, gdzie ona jest?
– No tak!
– Poczekaj – rzuciłam.
Westchnęłam, gotowa, aby wrócić do sypialni, podnieść żaluzje i rozgonić panoszącą się tam niezdrową atmosferę, gdy niespodziewanie na korytarzu minął mnie Maksymilian. Zniknął w łazience, mówiąc zza drzwi:
– Szybki prysznic i spadam, bo muszę być punktualnie. Nie wiedziałem, że jest już tak późno.

***

Wiatr chciał mnie porwać i ledwo podeszłam do drzwi baru. Nie padało, ale było mokro, zimno i okropnie. Zobaczyłam, jak plakat reklamujący nasz deser „Rozkosz Podniebienia” leżał w kałuży pod ścianą budynku. Od początku byłyśmy z Sylwią zdania, że grafika była zrobiona nieudolnie. Tło w postaci ostrego błękitu miało jakieś dziwne przebarwienia, a w zdjęciu ciastka dopatrzyłyśmy się kilku wyróżniających się pikseli. Miałyśmy wrażenie, że nasz szef Jacek Wąsik wcale nie przykłada się do kwestii promocji, wychodząc niekiedy na totalnego amatora. Kłóciło się to z jego eleganckim stylem ubierania się i wrażeniem bogactwa, jakie dawało jego BMW X6. Sylwia zazwyczaj kończyła dyskusje na temat braku profesjonalizmu właściciela zdaniem: „Pewnie i tak pracujemy tylko w pralni pieniędzy”.
– Wreszcie jesteś! – ucieszyła się Sylwia, gdy weszłam do środka.
– Wybacz. Tak wiało, że ciężko było jechać – odpowiedziałam.
– Karol niedawno wyszedł i poczułam się nieswojo.
– A ty ciągle o tym…
– Dopóki ta koperta tutaj jest, nie będę spokojna. Mam wrażenie, że zwabia ona tutaj niechcianych typów. Wiesz co? Od naszego kolegi ze zmiany zajeżdżało alkoholem. I to normalnie wódą, wyobrażasz sobie?
– To ciekawe…. Ale najpierw lepiej zrób kawę.

***

Około godziny dwudziestej czwartej usłyszałyśmy stukanie od strony drzwi. Za szybą stał klient znany nam z wczorajszej nocy: kierowca piekarza. Wyglądało, jakby uciekał przed złowrogimi drzewami, które, targane wichurą, nachylały się, żeby go dosięgnąć. Gdy szłam, aby mu otworzyć, zauważyłam złamaną płytkę na podłodze. To wczorajsza sprawka mężczyzny w płaszczu. Trzeba będzie coś z tym zrobić. Idąc, wydawało mi się, że czarne oczy mężczyzny z każdym moim krokiem powiększają się i zaraz wpadnę w ich tajemniczą otchłań. Był przygarbiony i wyglądał z lekka przerażająco. Zauważyłam, że pod barem pojawiła się zielona furgonetka. Czyżby kierowca zmienił auto?
– Puk, puk, puk, wpuść diabła do środka – powiedział facet, gdy rozchyliłam drzwi, i dodał: – Dzień dobry! A co to? Segregacja przed wejściem do baru?
– Nie, koleżanka zamknęła przez nieuwagę. – Odwróciłam się na chwilę, gromiąc Sylwię spojrzeniem, i dodałam: – A poza tym… w końcu to bar nocny. – Udało mi się uśmiechnąć w te okrutne oczy.
– Nie mogę zaprzeczyć – odpowiedział, przekraczając próg. – Cieszę się zatem, że zostałem wpuszczony, bo dziś noc przyszła wariować. Ten wicher chciał mi urwać łeb. Wiesz, jak wygląda człowiek bez głowy?
– Oczywiście, że tak – rzuciłam ironię zniechęconym głosem, wspominając lalkę bez głowy, zupełnie niegotowa na kolejny w tę noc wylew słów, których przyjemność słuchania była wątpliwa.
Ty kurwo… – pomyślałam mimowolnie i skarciłam się w myślach za te słowa.
Kiedy dotarliśmy do baru, mężczyzna usiadł na stołku, poprawiając białą kurtkę. Znowu miał założone jasne rękawiczki.
– Poproszę to, co zawsze, to znaczy: to, co wczoraj, he, he! – powiedział do Sylwii, która zapytała niemiło:
– Czyli co?
– Smoliste kawsko. Ale takie, żeby łyżeczka weszła. Lubię bardzo słodką. Wiecie, że pracuję siedem dni w tygodniu i zwykle nie mam czasu na normalne rozmowy?
– Przykro mi – odezwałam się i pomyślałam, jak wiele znaczeń może mieć słowo „normalne”.
– Praca wyrywa nas spod kontroli, zapominam już nawet spoglądać w lustro – powiedział, zdejmując czapkę baseballówkę z napisem WILD.
– Nie wyglądasz tak źle – powiedziałam szczerze. Jego włosy uległy przygnieceniu czapką.
– Jesteśmy, kim jesteśmy. Może ja jestem tobą, a ty mną? – rzekł, kierując na mnie dziwne, spojrzenie, pełne apatii, jakby ześlizgiwał się po nim ból.
Nagle otworzyły się drzwi wejściowe. Kątem oka widziałam, jak Sylwia szybko podniosła głowę. Znając sytuację, domyśliłam się, że poczuła ulgę, bo wiedziałam, że obcy mężczyzna, który wszedł do środka, nie był obiektem jej obaw, związanych z przybyłym wczoraj facetem w płaszczu.
– Co za dzień – rzucił klient, podchodząc do lady.
– Dzień kurwy i szatana, co? – odparł kierowca piekarza i roześmiał się obleśnie.
– Taaa… pomyliłem kierunki i jedynie cudem wykręciłem na trasę z tą cholerną naczepą.
– Wszyscy są zagubieni i zbłąkani – powiedział kierowca piekarza.
– Wszyscy są popieprzeni – rzekł tirowiec pod nosem i zamówił americano.
– Jeden jest biedny, drugi bogaty… trzeba być tym, kogo fortuną jest jego dusza – powiedział kierowca piekarza, tym razem do mnie.
Uderzyło mnie to zdanie. Jeżeli będzie wrzucać więcej takich sentencji, to ma w moich oczach szanse na jakieś uznanie.
– A ty jesteś bogata? – kontynuował, patrząc się na mnie.
– Pod jakim względem?
– A pod jakim jesteś?
– Nie jestem bogata – odrzekłam, chyba zbyt smutno.
– Nawet wewnętrznie?
– Nie wiem – powiedziałam na odczepne, zastanawiając się, co go to obchodzi.
Upił łyk kawy postawionej przez Sylwię i nagle ściągnął brwi. Upił jeszcze jeden, wykrzywił usta i powiedział bez pretensji w głosie:
– Smoła jest gorzka.
– Przepraszamy – powiedziałam i przesunęłam w jego stronę pucharek z cukrem.
Wsypał cztery saszetki. Teraz wykrzywi mu usta, tym razem z powodu ilości cukru.
– Wspaniała – powiedział i uśmiechnął się od ucha do ucha. – Lubisz podawać taką pyszną kawę?
– Słucham?
– Lubisz tę pracę?
– Lubię, ale patrzę też w przyszłość – odparłam.
– To dobrze, ale patrz również w przeszłość – możesz zobaczyć rzeczy, których wcześniej nie widziałaś.
– Dzięki za radę.
– Ja tam zaglądam i co widzę? Że jestem… królem, bo ukoronowały mnie moje wszystkie błędy… Królem nieudanych decyzji. A ciężka głowa, która nosi koronę. Dlatego wolę noc. Żeby nie spotykać ludzi. Zbyt wielu ludzi, powiedzmy. Oni często sprawiają, że gaśniemy. Oczywiście rozdają też miłość, ale zostawia ona ciepło, które szybko się wytraca. Miłość to duchowa ciemność. Świat przepełniony wytraconym ciepłem, zarażony obmierzłym chłodem. Dlatego uciekam od strachu i mroku dnia, krzycząc do nieba, żeby mnie przyjęło, bo tutaj czuję drżenie pod nogami. Czuję falującą podłogę i cienie, które płyną w kierunku brzegu światła. Przykrywają je jak sen i uchodzą jak sen, tyle że z tym zduszonym światłem w sobie. I odchodzą w ciemności z siłą tysiąca demonów, które oddychają ogniem.
Teraz zrobił przerwę na kilka łyków kawy, a następnie kontynuował:
– Wiesz? Czasami przyjemny ogień nocy pali od środka. Wiatr porywa łzy, zapala wszystkie gwiazdy. Rozluźnij się. Przyciemnij światła. Zdejmij słuchawkę z widełek. Posłuchaj sobie starego Niemena… Powiedz mi, czy czasami tracisz rozum?

ODCINEK #9

Mimo iż jego słowa zabrzmiały nieco dziwnie i absolutnie nie pasowały do klimatu typowej rozmowy w barze, to było w nich coś interesującego… tajemnicza głębia, w której niezwyczajnym klimacie ukazywały się jakieś przebłyski emocji, przekonujące do słuchania tego, co mówił. Aż chciało się przyciemnić światło, wyłączyć telefon i puścić starego Niemena… Tylko że nie byłam pewna, czy miałam ochotę odpowiadać na jego pytanie. Zwłaszcza że ostatnio odnosiłam wrażenie, że tracenie rozumu, czy może stan temu bliski, momentami stawało się moim udziałem…
– A co dokładnie znaczy to pytanie?
Mężczyzna napił się i spojrzał gdzieś w bok, a potem na mnie.
– Czy czasami czujesz, że tracisz kontrolę?
– Nad czym?
– Nad życiem – odparł natychmiast, jakby wiedział, o co zapytam.
– Nie wydaje mi się…
– Że potem chciałabyś przejść przez katharsis? Dlatego wspomniałem o Niemenie. I o muzyce z „Katharsis”.
Nie odpowiedziałam. Bardziej myślałam o tym, jak dziwny jest ten świat. Jak dziwni są ludzie. Jak dziwne bywają noce w prozaicznym barze. Pod blatem układałam rozsypane karteczki z wiadomościami, którymi Sylwia zasypywała nas w pracy, żeby nie zapomnieć o niczym ważnym. „UŚMIECHAJ SIĘ – WTEDY ŚWIECI SŁOŃCE” – napisane było na jednej z nich. Urocze. Spojrzałam na koleżankę. Była zajęta rozmową z klientem. Rozmawiali chyba o samochodach.
– …Ludzie mówią: czas nie czeka przecież, ale on stoi w miejscu niezłomny, bezpardonowy, niezrażony naszymi potwornościami, sam jest potworny, katoński i surowy, mocarny i bezlitosny, nie pędzi donikąd, nie ucieka, jeśli każe nam się ze sobą liczyć, zaciskając złudną pętlę, i kłamie, kłamie żmijowato, pokrętnie, i chce zabijać, więc zabija [na podstawie „Z listu do M.” Czesława Niemena].
Mężczyzna patrzył na mnie, ani razu nie mrugnąwszy powiekami, i pomyślałam, że zachowuje się jak aktor wygłaszający na scenie jakiś monolog. Tylko do jednego widza.
– Czasami trzeba przejść przez oczyszczenie – kontynuował. – Ja byłem już w piekle. I wróciłem.
– To ciekawe… – odpowiedziałam niedowierzająco.
– Czyim perfidnym kaprysom w ofierze zawlekliśmy ciebie zdrętwiałą na stos pogrzebny i w potwornym pejzażu cmentarnym stoimy osłupiali, skamieniali, skołowani, zmartwiali nad nowo wyciosanym krzyżem [na podstawie „Epitafium” Czesława Niemena].
Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana.
O, rany, panie kierowco, co się panu roi pod czaszką?
Sylwia zachichotała, rozmawiając z jej klientem. Zachowuje się, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, że niektórzy są wleczeni na pogrzebny stos – zażartowałam w duchu.
– Niemen… w mojej interpretacji – odezwał się kierowca piekarza.
– Nie lepiej skupić swoją uwagę na blaskach zamiast na cieniach?
– Może i lepiej, ale co ma zrobić ktoś, kto dostrzega same cienie?
– Może… niech wyjdzie z tego mroku? – zapytałam w odpowiedzi.
– A jeżeli ten mrok podąża za nim? – odparł mężczyzna i zawiesił głos.
Przez ciszę, która zapanowała, zdałam sobie sprawę, że telewizor na ścianie z jakiegoś powodu jest wyłączony. Poczułam, że klient tym pytaniem chce przekazać tych kilka słów i nie oczekuje żadnej odpowiedzi… ale po chwili rzucił zbyt rozweselonym tonem, który skłonił mnie do zastanowienia, czy wszystko w jego słowach jest szczere:
– To powinien go… wypić! – Znowu przerwał, dopił kawę i głośno postawił kubek na blacie. – Najlepszy jest słodki mrok. Słodki jak twoje oczy. Coś z nimi jest, są nasycone jakimś…
– Czym? – spytałam po dłuższej chwili.
– Może ty mi to powiesz?
– A co widzisz? – powiedziałam poprzez ziewnięcie.
– Powiedziałbym, ale tak by cię to rozbudziło, że senny klimat prysnąłby jak mydlana bańka – rzekł głośno mój rozmówca, po czym wstał, ocierając serwetką usta. – A nie o to chyba chodzi w takich miejscach jak to?
– Nam raczej przydałoby się rozbudzenie – wtrąciła Sylwia, chichrając się.
Facet spoważniał i odezwał się do niej szorstko, z kotłującą się na jego twarzy nieprzyjaznością:
– Chyba ci nie wierzę… Że masz na myśli to, o czym ja myślę…
Kierowca tira zaśmiał się, a Sylwia spojrzała na wszystkich zaskoczona i milcząca. Może przestraszona?
Mężczyzna spojrzał teraz na mnie i powiedział, powoli odwracając się do wyjścia:
– Wszyscy kłamią. Ten świat przypomina domek z kart zbudowany na kłamstwach. Jest jednak szansa na wyrwanie się z tej pętli kłamstw, tylko trzeba patrzeć uważnie. Może w rzece, w której myjemy ręce, jest złoto? No, kończy się mój czas. Idę dalej. Świat jest gotowy, by pożreć mnie w każdej chwili.

***

Opętany wiatr szalał, chcąc urwać głowy wszystkim tym uczestnikom pogrzebu, którzy nie zmieścili się w kaplicy. Z przestworzy ponad nami dobiegało poruszające wycie, jakby bóg wiatru nadymał płuca i dmuchał z całych sił, żeby rozgonić żałobników, a najlepiej pozamiatać, poutykać we wszystkich kątach cmentarza. Tłum chwiał się, przemieszczał, szukał najlepszego miejsca, żeby uniknąć uderzenia gałęziami, które spadały raz po raz z suchych koron drzew na potargane, szaleńczo rozwiane fryzury, tańczące na głowach falujących osób jak w jakimś mrocznym śnie, gdzie niewidzialna ręka demona chce zerwać ofiarom skalpy. Ci stojący bliżej wejścia, pochowali się w budynku, lecz na zewnątrz pozostała jeszcze duża grupa ludzi. Część z nich tłoczyła się na schodach, jakby czekali, aż ci, którzy byli w środku, zrobią im miejsce. Ja z Maksem zmieściliśmy się w progu. Masywne drzwi przez cały czas skrzypiały niemiłosiernie i nie mogłam się skupić na przekazie płynącym z obrzędu. Gdy ksiądz zakończył etap uroczystości w kaplicy, ludzie wysypali się na zewnątrz, prosto w objęcia wiatru. Dzięki przezorności któregoś z pracowników cmentarza trumnę postawiono na czterokołowym wozie, którego ciągnęło dwóch grabarzy. Gdyby nie ten pomysł, niesiona trumna niechybnie runęłaby na ziemię. Ostrzeżeniem była sytuacja, gdy schodzono po schodach. Czterech postawnych, ubranych na czarno panów z trudem utrzymywało ją w rękach. Podczas pochodu drzewa szalały. Pomyślałam, że niewiele brakuje, żeby zostały wyrwane z korzeniami. Miałam wrażenie, że chwieją się cmentarne krzyże i groby, a stojące na nich znicze drżą, stukając o siebie. Hulający wiatr spajał wszystkie dźwięki w koszmarnym szwargocie.
Potem nawet księdza nie słyszałam wystarczająco wyraźnie i myślę, że nie było osoby, która wiedziałaby, o czym on mówił. Ściskał w dłoni swoją rozwianą sutannę, starając się ze wszystkich sił utrzymać na nogach i nie wpaść do grobu, chcąc godnie pożegnać żonę policjanta, Zbigniewa Katalni.
To niesprawiedliwe – pomyślałam – że pogrzeb został nawiedzony przez taki żywioł. Zamiast skupić się na wspominaniu zmarłej, wszyscy bronili się przed siłą, przed którą nie chronił nawet parasol Bożej opieki. Maksymilian stał jak posąg, z włosami wygiętymi we wszystkie strony. O czym myślał? O tym trudnym czasie? O śmierci? A może o jakimś śledztwie? Nagle drgnął i przekręcił głowę w bok. Stał przy nim jakiś policjant w mundurze i coś mówił mu na ucho. Za chwilę obaj opuścili zgromadzenie i wraz z kilkoma mężczyznami, którzy wyszli z tłumu, udali się alejką w kierunku bramy. Poczułam w kieszeni pojedynczą wibrację. Na chwilkę wyjęłam telefon, który poinformował o siedmiu nieodebranych połączeniach: pięciu od mojej mamy oraz od po jednym od Karola i Sylwii z pracy.

ODCINEK #10

Odprowadziłam wzrokiem Maksa i jego kolegów. Szli pospiesznym krokiem. Wiatr dla nich nie istniał. Czy tam, dokąd zmierzali, było coś ważniejszego od uchronienia się przed zawieją, która chciała zamienić ten cmentarz w obraz rodem z postapokaliptycznych filmów? Albo coś ważniejszego od pogrzebu?… Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, jakby coś w nim miało mnie przekonać, że wcale nie jestem ciekawa przyczyn tego, dlaczego mój mąż opuścił miejsce pogrzebu. Jego zachowanie odbiegało to od normalności. Było niepokojące i intrygujące tak bardzo, że nogi same mnie poniosły, pomagając mi pominąć etap przemyśliwania tego kroku. Postanowiłam oddzwonić później, to znaczy za chwilę, jak tylko zobaczę, o co tutaj chodzi. Kątem oka zobaczyłam, jak wlepia we mnie wzrok jakaś wysoka, starsza kobieta stojąca blisko mnie. Patrzyła na mnie natarczywie, mocno trzymając poły swojego płaszcza.
Odeszłam od żałobników. Wiatr buchnął mi w plecy i poczułam się odważniej, myśląc, że tego właśnie pragnie przeznaczenie. Przyspieszyłam kroku, bo policjanci już chowali się w bramie. Zawiało potężnie. Z jednego z grobów zsunęła się wiązanka żółtych kwiatów i omal jej nie kopnęłam. Wir powietrza mocno zamiótł ziemię, zmuszając mnie do zakrycia twarzy. Poczułam na dłoniach ostre ukłucia drobinek ziemi.
Nagle za plecami usłyszałam niewyraźny krzyk. Odwróciłam się zaskoczona i zobaczyłam, jak w alejce, którą szłam, kilkanaście kroków za mną, tamta kobieta stoi zgięta w pół i przeciera dłońmi oczy. Wiatr złośliwie bawił się jej długimi włosami, które opadały na twarz, sprawiając, że wyglądała demonicznie i jednocześnie niezwykle karykaturalnie.
Wtem usłyszałam ostry łoskot i odwróciłam głowę. Jedno ze skrzydeł bramy uderzyło w mur i odbiło się od niego, pędząc teraz w przeciwnym kierunku. Kruszący się mur został porwany w powietrze. Sprzedawca zniczy, starszawy pan, biegł, żeby uspokoić efekty tego szaleństwa, zaraz złapał bramę i próbował usztywnić ją za pomocą pałąka wbijanego w ziemię.
Obejrzałam się do tyłu. Kobieta stała już wyprostowana i walczyła z bałaganem na głowie. Ruszyłam w kierunku wyjścia z cmentarza. Policjanci zniknęli mi z oczu. Minęłam pochylonego, klnącego i walczącego z bramą staruszka i się zatrzymałam. Zobaczyłam dwóch mężczyzn przy jakimś dostawczym aucie i rozglądających się na boki. Poznałam gliniarzy. Ostrożnie zrobiłam jeszcze dwa kroki i moim oczom ukazali się pozostali policjanci, na czele z Maksem. Stali przed rozsuniętymi bocznymi drzwiami auta, zasłaniając mi widok. Jeden z nich opierał się nogą o próg i zaglądał do środka. Maks coś do niego mówił, ale tamten nie odpowiadał. Dopiero gdy ukazała się jego uśmiechnięta twarz, mój mąż powiedział kilka słów do pozostałych i wskazał ręką w jedną stronę. Mężczyźni rozbiegli się na boki, jeden z nich puścił się biegiem na cmentarz w kierunku kaplicy. W tym momencie w otwartych drzwiach dostawczaka ukazał się widok, który zmroził mi krew w żyłach. Do przeciwległej ściany wnętrza samochodu był przymocowany człowiek, a jego zalana krwią głowa była uwieszona na klatce piersiowej. Na podłodze jeszcze coś leżało i może nawet mogłabym upewnić się, że również był to człowiek, ale rozdzierający pisk tuż obok wystraszył mnie tak potwornie, że prawie ugięły się pode mną nogi. Podążająca za mną od miejsca pochówku kobieta stała na środku alejki, dwa kroki ode mnie. Ludzie spojrzeli zdezorientowani w naszym kierunku. Po raz kolejny zerwał się wiatr, zagłuszając jej pisk, ale moją głowę wciąż rozsadzało jego echo i nieprzyjemne uczucie uczestnictwa w oderwanej od rzeczywistości sytuacji.
– Tam były trupy! Prawdziwe trupy! Widziała to pani? – zapytała krzykliwym głosem, broniąc się przed porywami wiatru.
Usunęłam się jej z oczu, nie chcąc mieć nic wspólnego z nią i tym nerwowym atakiem. Gdy policjanci się rozbiegli, za chwilę podjechał nieoznakowany radiowóz, który zablokował przejście chodnikiem. Kilkoro ludzi zgromadziło się przed bramą, a policjant zapewne tłumaczył im, że wejście jest zamknięte i muszą udać się do następnego. Jakaś utykająca staruszka sprytnie przemknęła obok niego, dostając bardzo szybkich ruchów, i skręciła na chodnik, po czym, jak gdyby nigdy nic, z powrotem kuśtykając, poszła przed siebie. Ja oddalałam się już cmentarną alejką. Przed nogami potoczyło mi się kilka zniczy ze stolika, który nie wytrzymał siły wiatru. Sprzedawcy chronili swe dobra, chowając je przed szaleńczymi podmuchami. Pod nogami przechodzących ludzi walały się kwiaty i kartonowe opakowania.
Wciąż miałam przed oczami widok umazanego krwią człowieka ze zwieszoną głową. Co to miało być? Dlaczego? Dlaczego tutaj? Przecież jest… przecież był pogrzeb – stwierdziłam, widząc idącego do kaplicy szybkim krokiem księdza. A tamten policjant? Czemu się uśmiechał? Odchodziłam, spoglądając w dal. Wrzeszczącej kobiety już nie było. Brama była zamknięta, a jeden ze straganów ze zniczami przewrócił się na alejkę. Sprzedawca złapał się za głowę i ze złości uderzył rękami w uda. Wyjęłam telefon i wybrałam ostatnie nieodebrane połączenie.
– Hej, mamo, przepraszam, byłam na pogrzebie i…
Widziałam trupa, ale nie z tego pogrzebu, wyobraź sobie – pomyślałam ze skrytą szczerością.
– Boże, a kto umarł? – zapytała nerwowo mama.
– Nie znasz. Czy coś się stało? Dzwoniłaś pięć razy.
– Ojciec jest chory, nadal ma wysoką gorączkę. Przecież już wczoraj się zaczęło…
– Tak, myślałam, żeby do was wpaść, ale… – Urwałam, zastanawiając się, czy mam odpowiednie argumenty.
– Zawsze się spieszysz, nawet u nas nie posiedzisz.
– Wiem, ale dzisiaj ten pogrzeb…
– Maksymilian też mógłby kiedyś zająć się własnym dzieckiem… – zasugerowała mama.
Nie miałam ochoty jej tłumaczyć, że prozaiczne, ludzkie sprawy nieoczekiwanie mogą się skomplikować.
– Zaraz mogę u was być. Czy potrzebujecie czegoś?
– Może zawiozłabyś tatę do lekarza?
– Jasne, już jadę.
– Tylko uważaj na siebie, jest duży wiatr.
– Wiem. Pa!
Może rzeczywiście lepiej było odwiedzić rodziców, zamiast iść na ten piekielny pogrzeb? Ale Maks był taki stanowczy…
Ledwo zakończyłam rozmowę, a dostałam wiadomość od Sylwii:
„ZADZWOŃ, JAK BĘDZIESZ MOGŁA. PILNE!”
Wybrałam połączenie.
– Sylwia, co się dzieje?
– Dzwonił Karol. Ktoś przyszedł do baru po kopertę – powiedziała Sylwia niepewnym głosem.
– Cholera… kto?
– Chyba znowu ten facet, ale tym razem z jakąś kobietą.
– I co Karol zrobił? – zapytałam.
– On nie wiedział, o co chodzi, i zadzwonił do mnie.
– Co mu powiedziałaś?
– Żeby skontaktował się z tobą. Potem jeszcze raz zadzwonił i powiedział, że nie odbierasz, a oni tam nadal czekają. Angie, gdy pomyślę o tamtym facecie, to już zaczynam się bać. Co robimy?

ODCINEK #11

– Trzeba powiedzieć Karolowi, żeby…
– Dał im kopertę! – rzuciła Sylwia, co wcale mnie nie zdziwiło.
– A skąd wiemy, kim oni są? – zapytałam.
– No… z tym facetem na pewno przyszła ta Rita Smolar.
– Muszę cię zmartwić. Nie wiemy tego na pewno – powiedziałam stanowczo.
– No niby tak, ale… już wiem! Niech sprawdzi dowód osobisty tej kobiety i jak się okaże, że to ona, to pozbędziemy się balastu.
– A jak to nie będzie ona?
– No tooo… nie odda im koperty – odpowiedziała Sylwia.
– Naprawdę chcesz go wplątać w jakąś ewentualną słowną utarczkę? Tamten gość nie wyglądał, jakby lubił się patyczkować.
– No to co chcesz zrobić?
– To jest wyłącznie nasza sprawa. Tylko my możemy ją załatwić.
– Angie, mam nadzieję, że wiesz, co robisz…
– Oczywiście. Zaraz dzwonię do Karola i powiem, że mamy kopertę i niech tamci przyjdą na naszej zmianie – odrzekłam pokrzepiającym tonem.
– Nie podoba mi się to, ale jak coś, to będę się chowała za ciebie…
– Dobra.
Poinstruowałam kolegę z wcześniejszej zmiany, co ma powiedzieć nieznajomym, a potem pojechałam do rodziców. Zawiozłam tatę do lekarza, który stwierdził, że to jest jakiś wirus i wszystko wskazuje na grypę żołądkową. Nie chciałam zostawiać Natalii u rodziców, toteż zadzwoniłam do Maksa, żeby się dowiedzieć, kiedy będzie w domu.

***

W pomieszczeniu kuchennym pod oknem stało trzech policjantów zajętych cichą rozmową. Przy stoliku siedziało kolejnych dwóch, z których jeden rozmawiał przez telefon. Stół w rogu sali zajmował Maksymilian Knebel. Siedział z założonymi rękami, a przed nim stały dwa kubki po kawie i leżało w nieładzie kilka wydruków z komputera. Do pomieszczenia wszedł Arkadiusz Społecki i zbliżył się do dystrybutora wody. Nalał sobie pół kubka. Wypił natychmiast i wyraźnie się skrzywił.
– Panowie, tutaj nadal pływa jakieś mętne kurewstwo – powiedział z obrzydzeniem w głosie i wyrzucił kubek do kosza, po czym spojrzał na pozostałych. – No co macie takie grobowe miny? Mamy jeszcze kilka żon, na pewno się ze Zbyszkiem podzielimy…
– Mógłbyś sobie, kurwa, darować? – odezwał się wysoki mężczyzna z grupki stojących.
– Mogę sobie darować twoją żonę, ale nie będziesz mi pierdolić, co ja mam robić.
– Społecki, już ci to kiedyś mówiłem… doigrasz się, kurwa jego mać! Nikt cię tutaj nie lubi, rozumiesz, fagasie?
– Ależ nie, lubicie mnie, lubicie. Najbardziej, gdy pakujecie mnie do nory z trupami, w które wpadam, najlepiej z kopniakiem na dupie. Już wy wiecie, że z głębszymi uczuciami jest mi nie po drodze.
– I dlatego myślisz, że możesz sobie pozwolić na takie pierdolenie?
Społecki zaśmiał się, rozweselony zerknął na Maksa i z powrotem na tamtego.
– Cholera jasna, Biegun, no nie wierzę… odkryłeś istotę rzeczy, he, he, he – powiedział, idąc do Maksa Knebela, i rzucił z daleka: – Właśnie dlatego mogę ci tak powiedzieć, miękki kutasie. Maks, miło cię widzieć w zadumie. Pewnie masz coś ciekawego do powiedzenia – rzekł Społecki wesołym tonem i usiadł naprzeciw Maksa. – Kurwa, Biegun odkrył istotę rzeczy i jeszcze się dziwi. Co za cwel… Gadaj, szefie.
Maksymilian Knebel westchnął i przez chwilę patrzył na kolegę.
Arek Społecki to wrzód na dupie całego Wydziału, a jednak jednostka niezwykle potrzebna w śledztwach, umiejąca na zimno ocenić sytuację i wyprowadzić celne wnioski. Rozwala atmosferę z całą nieprzeniknioną siłą zuchwalstwa i wśród tych ludzi, którzy nie mają umiejętności oddzielenia swoich emocji, może wywołać wojnę albo przynajmniej pojedynek na śmierć i życie.
– Możesz mi odpowiedzieć na jedno pytanie? Czy przy odkrywaniu zwłok przynajmniej na ulicy możesz się nie śmiać jak debil?
– Maks, doskonale wiesz, że to silniejsze ode mnie. Wystarczy, że powiesz, że ktoś umarł, i od razu wybucham śmiechem. Perfidny jest los, który pogrzebał mi w głowie na styku płatów czołowych i układu limbicznego, wyciął empatię i wsadził tam jakąś aleksytymię czy coś – powiedział policjant, po czym odwrócił się i krzyknął: – Biegun, jeszcze słyszę, jak myślisz. Zamknij się!
– Ty się zamknij! – dobiegło z końca sali.
– Biegun to strachliwy pies – rzucił Społecki poprzez śmiech i rozwalił się na krześle z rękami założonymi na piersi. – Co tam wydedukowałeś, bystrzaku?
– Ten skurwiel zuchwale się z nami bawi.
– Coś jeszcze?
– Oprócz tego, że coraz głębiej wchodzimy w to gówniane bagno, to nic. Ten psychol ma wysoki level. Pomimo obszernego materiału badawczego, który prawie wylał się z auta na nasze buty, nie ma żadnych istotnych tropów. Możemy tylko podążać za jakimiś pieprzonymi poszlakami.
– Chociaż to. Jednak, szczerze mówiąc, to już mi się znudziły te odcięte głowy…
Knebel włączył telefon i zaczął czytać.
– Głowa symbolizuje światło, niebo, słońce, wszechświat, mikrokosmos, porządek, doskonałość, przedmiot czci, władzę, autorytet, przywództwo duchowe, płodność, siłę, odwagę, męstwo, honor, dziewictwo, opanowanie, oświecenie, umysł, wiedzę, mądrość, rozum, indywidualność. Odcięta głowa zachowuje w wielu legendach zdolność myślenia i prorokowania. Ten symbol pojawia się także w sztuce chrześcijańskiej, np. głowa Holofernesa trzymana przez Judytę, głowa Goliata u stóp Dawida, głowa Chrystusa na chuście Weroniki, głowa Jana Chrzciciela na półmisku, głowa św. Pawła z zawiązanymi oczami na półmisku…
– Czystość i szlachetność zamiarów? Kobieca niewinność? Próbujesz powiedzieć, że zabija jakaś rozwścieklona Temida z wagą i mieczem?
– Musiałaby być strasznie wielka i silna. Przecież badania wskazują, że ofiary były przed śmiercią bite.
– A ta ciężarówka to przypadkiem nie ten sam pojazd, co zepchnął z mostu zbyszkożonę?
– Kogo? – zdziwił się Knebel.
– Pytam, czy to był ten sam „spychacz”.
– Nie.
– Jesteśmy pewni?
– Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent to nie ten. Co ty do cholery insynu… – Knebel urwał.
– A tak mi się tylko telepie pod czachą, ktoś mi zabroni?
– Arek, posłuchaj: większość chłopaków z Wydziału ma rodzinę. Nawet nie próbuj o tym myśleć, bo jeszcze przywołasz duchy.
– Teraz to już ty też o tym myślisz… – powiedział Społecki, a kąciki jego ust uniosły się lekko do góry.
Knebel zamilkł. Miał nieodparte wrażenie, że jego kolega chciał wydobyć z najczarniejszej otchłani wszystkie moce piekielne i sprowadzić je na Ziemię w miejsce, w którym właśnie przebywali. To, co próbował przekazać, snuło się w umyśle Maksymiliana jak ciemna, parząca mgła.
Na stole zabuczał telefon, na którym wyświetlił się napis: ANDŻELIKA.
Przed oczami spływała mu czerwień. Mnóstwo czerwieni. Pokój skąpany w mroku, rozświetlający się błyskiem fleszy… garaż, w którym wszystkie narzędzia były zdjęte z wieszaków… przy dawnych torach kolejowych pustostan ze ścianami, których oryginalną żółć chaotycznie pokryły ciemnoczerwone rozmazy… rozsunięte drzwi dostawczego auta, służącego za rzeźnię na kółkach…
Wpatrzony w jeden nieokreślony punkt przed sobą odbierał jedynie resztki słów kolegi. Słów, które zaczęły się od niego oddalać jak sznur zagubionych, rozproszonych na ciemniejącym niebie ptaków…

***

Odebrałam Natalkę ze szkoły i zaczęłam się zastanawiać, czy zawieźć ją do swojej siostry, czy zaprowadzić do rodziców. Maks wciąż nie odbierał telefonu. Wiedziałam, że Iza była w domu, ale zanim zawiozę ją do drugiej części miasta i wrócę, na pewno spóźnię się do pracy, przynajmniej pół godziny. Teoretycznie prostsza sprawa była z rodzicami, ale tata był chory i nie byłam pewna, czy powinnam ją tam zaprowadzać. Wtedy w każdym razie na pewno zdążyłabym do pracy…
Zadzwonił telefon. Maksymilian… wreszcie dał znak życia i poczułam nadzieję, że bezproblemowo zdążę do pracy, a Natalka znajdzie się w domu.
– Cześć, kochanie, jadę już z pracy, czy odebrać Natalkę? – powiedział ciągiem, niezwyczajnie wesołym głosem.

ODCINEK #12

Nie spodobał mi się ten ton, który zupełnie nie pasował do Maksymiliana, a biorąc pod uwagę jego niedawne zachowanie, to śmiało mogłam podejrzewać, że znowu coś się z nim dzieje.
– Maks, odebrałam Natalkę i idziemy do sklepu, jeszcze nie wiem, co i jak – skłamałam, planując, że napiszę mu później SMS-a z informacją, że Natalka jest u rodziców. – Jedź do domu.
– Zdążysz do pracy? Jest już chyba późnawo?…
– Tak, ale mam jeszcze pół godziny. Muszę kończyć, odezwę się niedługo.
Rozłączyłam się i osłoniłam córkę przed wiatrem.
– Mamo, porwie mnie! – krzyknęła.
– Nic się nie bój, w razie czego polecę razem z tobą.
– Fajnie będzie!
– Na pewno. Chodź, pójdziemy do babci – powiedziałam, łapiąc ją za rękę.
– A co ze sklepem? – zapytała Natalka i na chwilę jej twarz zniknęła, zasłonięta włosami.
– Jeżeli mamy zostać porwane przez ten wiatr, to nie możemy się chować w sklepie. Idziemy.
– Super! – zawołała Natalka i mocniej przytuliła swoją ulubioną lalkę szmaciankę.
Nie byłam przekonana, że dobrze robię, prowadząc córkę do moich rodziców. Tata był chory, a to groziło zarażeniem Natalki. Wolałam jednak to rozwiązanie niż udawanie, że nie zauważyłam podejrzanego zachowania Maksa. On rzadko jest taki wesoły. Zwykle zdarzało się to na… imprezach.

***

Była godzina siedemnasta pięćdziesiąt pięć, kiedy zaparkowałam auto tuż pod budynkiem baru, ponieważ w miejscu, gdzie zwykle stawiam moją corsę, leżał ogromniasty kawał ułamanego drzewa, co do którego nawet nie pomyślałam, żeby próbować je przesunąć. W górze kiwał się jasnożółty ostry fragment pękniętego drewna. Dało się słyszeć, jak drzewa szumiały i trzeszczały jak kości. Miałam wrażenie, że wichura, zamiast słabnąć po przetoczeniu się przez kraj, jeszcze bardziej się nasiliła. Dookoła mojego miejsca pracy walały się jakieś śmieci i papierzyska, które zatrzymywały się na krzakach lub wirowały w powietrzu. Flagi reklamowe na stacji benzynowej głośno trzepotały i bujały się na wszystkie strony. Wszystkie stojące wcześniej banery reklamowe z napisem KAWA GRATIS i HOT DOG 1+1 GRATIS zostały zamiecione w pobliskie chaszcze. Wiaderko z wodą leżało przewrócone na ziemię – targane porywami wiatru wraz ze szczotką zatrzymało się na dystrybutorze paliwa. Kilka płynów do spryskiwaczy ze sterty pod budynkiem spadło z palety na chodnik. Czy tam w ogóle ktoś pracuje? Spojrzałam na niebo. Ptactwo zataczało ósemki w jakiś cudaczny, pijany sposób, jakby trawiło je szaleństwo pędu ku unicestwieniu przez połamanie skrzydeł. Dziwne, że przy takim wietrze w ogóle chciało im się latać. W powietrzu czuć było zbliżającą się… zagładę? Na myśl o sprawie oddania koperty stwierdziłam, że może moje przeczucia nie odbiegają daleko od prawdy.
– Cześć, Karol! – zawołałam po wejściu do środka.
– Cześć, Angie! – odpowiedział kolega z przesadną wesołością. – Nareszcie!
Czyżby dzisiejsze spotkanie z „ciekawymi” gośćmi napełniło go taką tęsknotą za mną, aby przekazać symboliczną pałeczkę i uciekać?
– Wszystko w porządku? – zapytałam.
– Jasne, nie może być lepiej.
– A co z… – zawahałam się.
– Spoko, hi, hi, poszli sobie – rzekł Karol i się zaśmiał, grzebiąc w ekspresie do kawy.
– Coś taki wesoły?
– Nic, tak tylko się cieszę, że już koniec zmiany, nawet przygotowałem ci sprzęt – powiedział i klepnął dłonią w ekspres.
– Ale mówili coś?
– Nie, jak powiedziałem, że nie mam tej koperty, to odniosłem wrażenie, jakby się trochę zdenerwowali, a tamten facet zrobił taką minę, że prawie zemdlałem, hi, hi.
– Dobra, to teraz możesz sobie iść mdleć w domu. Nami nie musisz się przejmować… naprawdę, pielęgnuj swój wesoły humor, jak długo chcesz… Sylwia już jest?
Jak na zawołanie otworzyły się drzwi toalety i wyszła z niej osoba, o której była mowa. Miała na sobie czerwone kozaczki, czarne, obcisłe spodnie i kremowy, kosmaty sweterek.
– O, jesteś, skarbie, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę… i że będziesz ze mną tej nocy – powiedziała.
– Ja również nie wyobrażałam sobie, że mogłabym być tutaj sama – odparłam.
– Jak wy się kochacie… – wtrącił się Karol. – Aż szkoda, że nie mogę zostać z wami.
– Ależ możesz – powiedziała Sylwia. – Nie zależy ci na naszym bezpieczeństwie?
– Ależ nie mogę, hi, hi – odparł kolega i z kurtką pod pachą wycofał się do drzwi. – Tylko że to chyba wy jesteście ode mnie bezpieczniejsze, zostając w barze. Normalnie wiatr koty porywa. Na razie!
Gdy trzasnęły drzwi, a Karola najprawdopodobniej wciągnęła jakaś trąba powietrzna, Sylwia zapytała:
– I co będzie?
– Jak to co? Kawa!
Wpół do pierwszej weszli Eryk z Marcinem, pracownicy zakładu pogrzebowego.
– Witamy drogie panie, w dzień bardzo was tutaj brakuje.
– Tak tęsknicie, że przyszliście zarwać noc? – odparła Sylwia.
– Ależ skąd… to znaczy, owszem, tęsknimy, ale dzisiaj zmusiły nas obowiązki zawodowe. Wypadek na S8.
– Tyle informacji o tym niewątpliwie ciekawym wydarzeniu nam wystarczy. Kawa razy dwa?
– Tak. I po ciastku.
– Robi się, panowie.
Sylwia poszła po coś do magazynku, a ja uruchomiłam ekspres i po chwili usłyszałam ciche głosy naszych klientów.
– Wszędzie widzę czerwień.
– Ja też.
– Andżela, chodź do mnie! – zawołał mnie głos z pomieszczenia obok i z nieskrywaną przyjemnością poszłam tam, skąd on dobiegał. Sylwia kucała z pustą butelką po alkoholu.
– Widzisz? Wiedziałam, że nasz kolega sobie popija. Tam dalej jest jeszcze jedna.
– No i co? Powinniśmy go ostrzec, że wódka szkodzi zdrowiu?
– Znając Karola, należałoby go ostrzec o wielu sprawach…
Gdy wróciłyśmy, dwaj mroczni panowie rozmawiali już normalnie, głośno.
– Piękną miała twarz.
– I lekko rozchylone usta.
– Jej włosy wyglądały, jakby chwilę wcześniej były czesane.
– I takie delikatne dłonie…
Co im się stało? Zakochali się czy co? Byli niezwyczajnie poważni i nawet wyobraziłam sobie, że dotknęły ich jakieś głębsze uczucia. W ich przypadku byłoby to zupełnie niezwykłe.
– A skąd wiesz, że to były jej dłonie?
– Bo leżały na niej.
– Ale to mogły być dłonie tej drugiej…
O nie, tego było już za wiele! – pomyślałam ze złością.
– Panowie, musicie?! – krzyknęłam.
– Idźcie do mięsnego, tam sobie pogadacie o częściach ciała – dorzuciła Sylwia swój wspaniały pomysł.
– Tak, tak, ale dopiero na dziennej zmianie – odparł Marcin.
– Zapraszam do stolika, do tamtego ostatniego. Nie chcemy tutaj takich tematów. Mamy własne, przyjemniejsze – powiedziała Sylwia i po zaniesieniu talerzyków i filiżanek, podeszła do mnie. – Może przesadziłam z tą przyjemnością – dziś nie przyszedł twój dziwny kierowca…
– Ale są ci dwaj, pewnie się wymieniają – odrzekłam.
– Wiesz co? Wolę Eryka z Marcinem. Tamten gość od piekarni… musiałabyś być na moim miejscu, żeby to poczuć… spojrzał na mnie tak przeraźliwie poważnie…
– Skarbie, mam wrażenie, że ostatnio każdy patrzy na ciebie tak jak tamten… O, czekaj! Coś dla nas! A dokładniej: dla ciebie.
Poznałam w telewizorze George’a Michaela, który siedział na fotelu w jakimś mglistym pomieszczeniu. Rzuciłam się po pilota i podgłośniłam.
– Nie, Andżela, zostaw. To naprawdę nie jest w tej chwili potrzebne.
– Ani mi się śni! Chcę zobaczyć twoje łzy! – Zachichotałam.
– Świnia! Zobaczysz, jak Boga kocham, zabiorę tego pilota i rozbiję ci go na głowie! – zawołała Sylwia, gdy rozbrzmiała muzyka, i moja koleżanka ruszyła za mną. Gdy zorientowała się, że nie ma szans mnie doścignąć ani dosięgnąć zza lady, stanęła, wpatrzona w telewizor. Zauważyłam, że zaczęła ulegać czarowi piosenki „One more try”. Była dla niej takim smutnym „Titanikiem” i zawsze wpływała na nią niezwykle sentymentalnie. Często nie mogła się powstrzymać przed uronieniem kilku łez, wspominając chwile przeżyte z jej ostatnim przed Albertem chłopakiem – największą miłością jej życia. – Piękna – powiedziała już spokojnie, z rosnącym przygnębieniem na twarzy, jakby powoli zastygała w czasie.
Nagle zadzwonił dzwonek. Przekręciłam głowę w kierunku wejścia i zobaczyłam olbrzymi cień. Cień, którym wydawał mi się wysoki mężczyzna w brązowym płaszczu. Poczułam się, jakby moje myśli stały się rozbite, rozszczepione. W połowie byłam spokojna, bo na dobrą sprawę nic złego nie powinno się wydarzyć. Jednak druga ja widziała nieprzyjemnego typa, który unosił się na wzburzonych falach emocjonalnego sztormu. Patrzył tutaj, jakby zjawił się właśnie po to, żeby porwać nas i roztopić w oceanie nieprzeniknionej, wszechogarniającej, czarnej głębi.
– Kawa. – Przestraszyłam się, gdy wyrósł tuż przede mną i wydał z siebie szorstki głos.
Po prostu kawa? A co z kopertą? A co z Ritą Smolar? Co z konfrontacją, która siedziała nam w głowach, przeszywając niepokojem?
Facet wziął filiżankę i usiadł przy stoliku przodem do nas. Spojrzałam na Sylwię. Sprawiała przejmujące wrażenie kogoś, kto jest zawiedziony, a jednocześnie cieszy się z zaistniałej sytuacji. Chciała mieć to już za sobą, ale na pewno równocześnie cieszyła się, że facet był spokojny i na razie nic złego się nie stało. Popatrzyła na mnie, wzruszając ramionami. To, co zobaczyłyśmy, było tak dziwaczne, że także ja w skupieniu spoglądałam na mężczyznę, który popijał napój i bezczelnie się w nas wpatrywał.

Artykuł powstał w ramach #maszwsparcie – Kampanii reakcyjno-informacyjnej. Projekt realizowany z dotacji programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy finansowanego przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię w ramach Funduszy EOG.

Podziel się:
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on telegram
Telegram
ORION.FM

ORION.FM

Oficjalny kanał Youtube prowadzony przez ORION Organizację Społeczną. Pamiętajcie, aby subskrybować i być na bieżąco!
CZY DLA CIEBIE RÓWNIEŻ JEST
WAŻNE TO O CZYM CZYTASZ?

Nigdy nie było ważniejszego czasu, aby edukować społecznie

ORION Organizacja Społeczna tworzy Publikacje dla osób, które cenią wiedzę opartą na dowodach i sprawdzonych źródłach. Naszym celem jest budowanie świadomego społeczeństwa, dlatego nasze materiały zawsze będą z darmowym dostępem. Jeśli możesz wesprzyj nas dzisiaj, przekazując darowiznę, którą możesz odliczyć od podatku oraz udostępniaj nasze Publikacje swoim przyjaciołom.

Numer konta (Nest Bank)

92 2530 0008 2041 1071 3655 0001

Skip to content